Złodziejka książek
- 18.10.2023 13:15
Markus Zusak - „Złodziejka książek”
„Złodziejka książek” to niezwykła powieść, której narratorem jest śmierć. Akcja dzieje się w hitlerowskich Niemczech.
Głównymi bohaterami są dzieci: Rudy i Liesel. Autor w bardzo oryginalny sposób pokazał ich przyjaźń i rodzące się między nimi uczucie. Markus Zusak opisuje koszmar, który dzieje się na naszych oczach i pozorną beztroskę tych dzieci, które niewiele jeszcze rozumieją, ale czują, że w ich życiu po raz pierwszy spotkało ich coś ważnego. Opowieść ta jest pełna kontrastów. Tuż obok siebie mamy skrajne ludzkie doznania: ból, cierpienie, miłość, przyjaźń ,bezsilność, niesprawiedliwość, dobroć, poświęcenie. Nie było chyba nigdy w historii świata dobrego czasu dla ludzi. Najpiękniejsze uczucia, które nas łączą, rodzą się zazwyczaj wtedy, kiedy istnieje dla nich najmniej sprzyjająca atmosfera. Głównym celem życia tytułowej złodziejki książek, jak sama nazwa wskazuje, jest oczywiście zdobywanie coraz to nowych egzemplarzy (niestety, w sposób nie zawsze legalny). Tak się dzieje do czasu, kiedy Liesel zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że w jej życiu między nią a jej ukochane książki zaczyna wdzierać się Rudy Steiner. Wywołuje to w niej ogromne niezadowolenie, które z czasem przeradza się w coś, co pomału zaczyna rozumieć. Niestety to, co się stało, w pełni dotrze do niej wówczas, kiedy będzie za późno i w żaden sposób nie będzie mogła już powiedzieć tego, co tak bardzo chciała przekazać, a nie zdążyła…
Wystawa poświęcona „Złodziejce książek” prezentuje najpiękniejsze cytaty wybrane z tej powieści. Mam nadzieję, że pokażą one, na czym polega oryginalne piękno tej książki. Zachęcam wszystkich do przeczytania tych fragmentów i (mam nadzieję) całej powieści.
Ewa Matanowska
-------------------------------------------------------------------------------------
ON BYŁ SZALEŃCEM, KTÓRY POMALOWAŁ SIĘ NA CZARNO I CHCIAŁ ZWYCIĘŻYĆ CAŁY ŚWIAT. ONA BYŁA ZŁODZIEJKĄ KSIĄŻEK, KTÓREJ BRAKOWAŁO SŁÓW.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
POCAŁUNEK
(ważne decyzje dzieciństwa)
Jak każde małe miasto także Molching zaludniały ciekawe typy. Kilka z tych osób mieszkało przy Himmelstrasse. Frau Holtzapfel nie była jedyna.
A oto inni:
Rudy Steiner – chłopiec z sąsiedztwa zafascynowany czarnoskórym amerykańskim sprinterem Jessem Owensem.
FrauDiller – stanowcza właścicielka aryjskiego sklepu na rogu.
Tommy Muller – wiecznie czerwony na twarzy dzieciak z tikiem i chronicznym zapaleniem ucha, które mu kilkakrotnie operowano.
Człowiek o przydomku „Pfiffikus”, tak ordynarny, że przy nim nawet Rosa Hibermann wydawała się złotoustą świętą.
W większości ulicę zamieszkiwali ludzie niezamożni, mimo ewidentnego wzrostu gospodarczego za Hitlera. Dzielnice biedoty wciąż istniały.
Jak już powiedziano, w bezpośrednim sąsiedztwie Hubermannów wynajmowała mieszkanie rodzina nazwiskiem Steiner. Steinerowie mieli szóstkę dzieci. Jednym z nich był łobuziak Rudy, który szybko został najlepszym przyjacielem Liesel i wspólnikiem jej wybryków. Poznali się na ulicy.
Kilka dni po pierwszej kąpieli mama pozwoliła Liesel wyjść na dwór i pobawić się z dziećmi. Na Himmelstrasse przyjaźnie zawiązywano na ulicy, niezależnie od pogody. Dzieci rzadko odwiedzały się w domach, gdzie zazwyczaj było ciasno i biednie. Czas wolny spędzały więc na wolnym powietrzu, na grze w futbol. Drużyny zostały skompletowane. Bramki zostały oznaczone koszami na śmieci.
Liesel, jako nowa, natychmiast została wepchnięta między dwa takie kosze. Zastąpiła Tommy’ego Mullera, który trafił na boisko, choć był najbardziej beznadziejnym fajtłapą na całej Himmelstrasse.
Przez jakiś czas gra toczyła się gładko, aż nadszedł nieuchronny moment – Rudy Steiner został przewrócony w śnieg na skutek faula sfrustrowanego Tommy’ego Mullera.
- O rany! – wrzasnął Tommy, a twarz zaczęła mu drgać ze zdenerwowania. – Co ja zrobiłem?!
Ogłoszono rzut karny i Rudy Steiner stanął naprzeciw nowej dziewczynki, LieselMeminger.
Ustawił piłkę na brudnym placku śniegu, pewny rezultatu. Ostatnio Rudy osiemnaście razy z rzędu strzelał karne, choć przeciwnicy nie pozwalali bronić Tommy’emu Mullerowi i zastępowali go kimś innym. Nieważne, kto stał na bramce, Rudy strzelał gola.
Tym razem drużyna chciała zmusić Liesel, żeby wyszła z bramki. Jak łatwo sobie wyobrazić, Liesel zaprotestowała, a Rudy przyznał jej rację.
- Dajcie jej spokój, niech broni – powiedział z uśmiechem, zacierając ręce.
Śnieg przestał padać i na brudnej nawierzchni między nimi widać było ślady butów. Rudy zamachnął się strzelił, a Liesel rzuciła się szczupakiem i udało jej się odbić piłkę łokciem. Roześmiana podniosła się z ziemi, a pierwszą rzeczą, jaka zobaczyła, była śniegowa kula, w połowie ulepiona z błota, które roztrzaskało jej się na twarzy. Zapiekło jak diabli.
- Podobało się? – zaśmiał się drwiąco chłopak i pobiegł za piłką.
- Saukerl – wyszeptała Liesel. Szybko załapywała domowe słownictwo.
GARŚĆ INFORMACJI O RUDYM STEINERZE
Był o osiem miesięcy starszy od Liesel.
Miał chude nogi, szpiczaste zęby, łobuzerskie
błękitne oczy i włosy żółte jak cytryna.
Będąc jednym z sześciorga dzieci Steinerów,
bez przerwy chodził głodny.
Na Himmelstrasse miał opinię czubka.
Zasłużył na nią rzadko wspominaną,
ale dobrze zapamiętaną aferą zwaną
„sprawą Jess’ego Owensa”,
kiedy to uczernił sobie twarz węglem i wziął udział
w biegu na 100 metrów na lokalnym stadionie.
PRZEZNACZENIEM RUDY’EGO STEINERA, CZY BYŁ NORMALNY, CZY NIE, BYŁO ZOSTAĆ NAJLEPSZYM KUMPLEM LIESEL. A WALNIĘCIE KOGOŚ PROSTO W TWARZ ŚNIEŻKĄ JEST IDEALNYM SPOSOBEM ZAWARCIA WIECZNEJ PRZYJAŹNI.
Kilka dni po rozpoczęciu nauki Liesel poszła do szkoły ze Steinerami. Matka Rudy’ego, Barbara, kazała mu zaopiekować się nową dziewczynką, głównie dlatego, że dowiedziała się o śniegowej kuli. Trzeba oddać Rudy’emu, że zastosował się do tego polecenia z przyjemnością. Nie był taki, jak inni młodociani mizogini. Bardzo lubił dziewczyny i lubił Liesel (stąd ta śnieżka). W istocie Rudy Steiner był jednym z tych bezczelnych małych drani, którzy uwielbiają towarzystwo kobiet. To się zdarza wśród dzieci. Trafiają się chłopcy, którzy nie okazują strachu przed płcią przeciwną, głównie dlatego, że cała reszta go okazuje. Nieustraszone typki wolne od wahań w swych decyzjach. Jeśli o to chodzi, Rudy Steiner od początku wiedział, czego chce od Liesel Meminger.
W drodze do szkoły pokazywał jej charakterystyczne punkty miasta, a przynajmniej próbował, miotając się między młodszym rodzeństwem, na które pokrzykiwał, żeby się zamknęło, a starszym, które z kolei pokrzykiwało na niego. Pierwszą rzeczą, jaka jej pokazał, było małe okno na pierwszym piętrze jednej z kamienic.[…]
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
CO MOŻE BYĆ GORSZE OD CHŁOPAKA, KTÓRY CIĘ NIENAWIDZI?
ZAKOCHANY CHŁOPAK.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
- Chodź – powiedział Rudy, gdy złapali oddech. – To niedaleko.
Zabrał ją na stadion Huberta, tam, gdzie miała miejsce sprawa Jesse’ego Owensa. Stanęli z rękami w kieszeniach. Przed nimi rozciągał się tor. Było tylko jedno do zrobienia.
- Bieg na sto metrów – rzucił wyzwanie Rudy. – Założę się, że przegrasz.
- A ja się założę, że ty – odparła spokojnie Liesel.
- O co się zakładasz, Saumensch? Masz pieniądze?
- Jasne, że nie. A ty masz?
- Nie. – Rudy nie miał pieniędzy, ale miał pomysł. W tym momencie wylazł z niego kochaś. – Jeśli wygram, to cię pocałuję. – Przykucnął i zaczął podwijać nogawki.
- Dlaczego chcesz mnie całować? – Liesel była co najmniej zaniepokojona, oględnie rzecz ujmując. – Jestem brudna.
- Ja też. – Rudy nie widział powodu, żeby odrobina brudu stanęła na przeszkodzie jego zamiarom. Oboje kąpali się dość dawno.
Liesel zastanawiała się nad propozycją, obserwując cherlawe piszczele swego przeciwnika. Jej nogi wyglądały podobnie. Nie pokona mnie, pomyślała i zdecydowanie kiwnęła głową. Interes to interes.
- Dobra, jeśli wygrasz, możesz mnie pocałować. Ale jeśli ja wygram, to przestaję być bramkarzem.
- Zgoda – odparł po zastanowieniu Rudy. Uścisnęli sobie dłonie.
Było szaro, mgliście, a z nieba zaczęły kapać kropelki dżdżu.
Tor okazał się bardziej mulisty, niż wyglądał.
Zawodnicy ustawili się na starcie.
Sygnałem do rozpoczęcia biegu był kamień, który Rudy podrzucił do góry. Gdy spadł, zaczęli wyścig.
- Nie widzę mety – poskarżyła się Liesel.
- A ja niby widzę?
Biegli blisko siebie, szturchając się łokciami, żeby wybić się do przodu. Śliski grunt i chlupiące błoto sprawiły, że wywrócili się jakieś dwadzieścia metrów przed metą.
- Jezus Maria, Józefie święty! – wrzasnął Rudy. – Jestem cały w gównie!
- To nie gówno, tylko błoto – poprawiła go Liesel, choć wcale nie miała pewności. Przeczołgali się przez ostatnie metry. – Możemy uznać, że jest remis?
Rudy odwrócił twarz – łyskały z niej tylko ostre zęby i błękitne oczy. Resztę pokrywał muł.
- A jak będzie remis, to dostanę mój pocałunek?
- Nie, nawet za milion lat. – Liesel podniosła się i zaczęła czyścić kurtkę z błota.
- Zdejmę cię z bramki.
- A wsadź sobie te bramkę.
Gdy wracali na Himmelstrasse, Rudy zapowiedział Liesel:
- Przyjdzie dzień, kiedy będziesz błagała, żebym cię pocałował.
Ale Liesel wiedziała swoje. Złożyła przysięgę.
Póki życia nie pocałuje tego nędznego, brudnego Saukerla, a na pewno nie dzisiaj. Miała zresztą poważniejsze zmartwienia.
- Ona mnie zabije – stwierdziła oczywisty fakt, oglądając ubłocone ubranie.
Ona to była oczywiście Rosa Hubermann, inaczej zwana mamą.
I rzeczywiście, omal jej nie zabiła. Przy wtórze wyzwisk, wśród których najczęściej powtarzało się słowo Saumensch, Rosa stłukła Liesel na kwaśne jabłko.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
DLACZEGO, ZAPYTYWAŁA SIĘ W DUCHU, MUSZĘ SIĘ MĘCZYĆ Z TYM RUDYM STEINEREM? ON PO PROSTU NIE UMIE TRZYMAĆ BUZI NA KŁÓDKĘ! DLACZEGO, BOŻE, DLACZEGO?
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
ARYJSKA SKLEPIKARKA
Stali przed sklepem FrauDiller pod wybieloną wapnem ścianą.
LieselMeminger ssała cukierek.
W oczach miała słońce.
Mimo tych przeszkód wciąż była skłonna do rozmowy i kłótni.
KOLEJNA ROZMOWA
RUDY’EGO I LIESEL
- Pośpiesz się, Saumensch, to już dziesiąty raz.
- Nie, dopiero ósmy, mam jeszcze dwa.
-Pospiesz się lepiej. Mówiłem ci, że powinniśmy
wziąć nóż i przeciąć go na pół…
Dawaj, dwa razy już były.
- Dobra. Masz. Tyko nie połykaj.
- Czy ja wyglądam na idiotę?!
Krótka przerwa.
- Pycha, co?
- No pewnie, Saumensch.
Pod koniec sierpnia znaleźli na ulicy feniga. Oszaleli z radości.
Był do połowy zagrzebany w ziemi i zardzewiały. Znaleźli go po drodze z praniem. Samotną, zniszczoną monetę.
- Popatrz tylko!
Rudy rzucił się na pieniążek. Radość aż ich parzyła, kiedy zawrócili do FrauDiller, nie zastanawiając się nawet, czy jeden fenig to będzie właściwa suma. Wpadli przez drzwi i stanęli naprzeciw aryjskiej sklepikarki, która patrzyła na nich z naganą.
- Czekam – powiedziała. Włosy miała ściągnięte do tyłu, a czarna suknia opinała jej ciało. Na fotografii wiszącej na ścianie czuwał Fuhrer.
- Heil Hitler – pierwszy powiedział Rudy.
- Heil Hitler – odpowiedziała, prostując się za ladą. – A ty? – zwróciła się do Liesel, która natychmiast powiedziała:
- Heil Hitler.
Rudy w mgnieniu oka wyciągnął z kieszeni monetę i zdecydowanym gestem położył ją na ladzie. Spojrzał prosto w schowane za okularami oczy FrauDiller i zażądał:
- Poproszę mieszanych cukierków.
FrauDiller się uśmiechnęła. Zęby rozpychały się w jej ustach i ta niespodziewana serdeczność zmusiła Liesel i Rudy’ego do odwzajemnienia uśmiechu. Nie trwało to długo.
Sklepikarka schyliła się, pogmerała pod ladą i wychynęła z powrotem.
- Proszę – położyła na ladzie jeden cukierek. – Zmieszajcie sobie sami.
Na ulicy odwinęli karmelek z papierka i próbowali go przegryźć, ale był twardy jak szkło. Za twardy nawet na zwierzęce zębiska Rudy’ego. Postanowili go zatem ssać na zmianę, aż do końca. Dziesięć razy Rudy i dziesięć razy Liesel. I od nowa.
- To dopiero jest słodkie życie – oznajmił w pewnym momencie Rudy, z cukierkowym uśmiechem. Liesel musiała się z tym zgodzić. Kiedy zjedli cukierek, oboje mieli krwistoczerwone usta.
Po drodze do domu przypominali sobie nawzajem, że muszą bacznie patrzeć, to może znajdą druga monetę.
Oczywiście niczego nie znaleźli. Nie można mieć aż takiego szczęścia dwa razy w roku, nie mówiąc o jednym popołudniu.
Ale i tak byli szczęśliwi, maszerując Himmelstrasse z czerwonymi językami i zębami, wypatrując na ziemi pieniędzy.
Był to wspaniały dzień, a nazistowskie Niemcy były cudowną krainą.
PŁYWAJĄCA KSIĄŻKA
(CZĘŚĆ II)
W początkach grudnia Rudy wreszcie zatryumfował, choć w dość nieoczekiwanych okolicznościach.
Dzień był chłodny, ale bezwietrzny. Niedługo miał spaść śnieg
Po szkole Rudy i Liesel wpadli na chwilę do zakładu pana Steinera, a po drodze do domu natknęli się na rogu na starego przyjaciela, Franza Deutschera. Liesel, jak zwykle ostatnio, miała ze sobą „Świstaka”. Lubiła dotykać tej książki, jej gładkiego grzbietu, sztywnych brzegów kartek. To ona pierwsza zauważyła Deutschera.
- Patrz – pokazała palcem. Biegł w ich kierunku wraz z innym dowódcą Hitlerjugend.
Rudy się skulił. Pomacał zdrowiejące oko.
- Nie tym razem – powiedział, patrząc na ulicę. – Jeśli koło kościoła wzdłuż rzeki, możemy dojść skrótem.
Liesel bez słowa poszła za nim i tym sposobem uniknęli jednego prześladowcy – po to tylko, by się natknąć na drugiego.
Z początku nic ich nie zaniepokoiło.
Nie rozpoznali ludzi, którzy przechodzili przez most z papierosami w zębach, teraz było za późno.
- O Boże, namierzyli nas.
Viktor Chemmel się uśmiechnął. Odezwał się bardzo spokojnym tonem, co zwiastowało zagrożenie:
- No, no, oto Rudy Steiner i jego mała dziwka. – zręcznie odebrał Liesel „Świstaka”. – Co my tu mamy?
- To sprawa miedzy nami, jej nic do tego – próbował paktować Rudy. – Oddaj.
- „Świstak”. Dobra książka? – zwrócił się Viktor do Liesel. Odchrząknęła.
- Niezła. – Miała nieszczęście się zdradzić. Oczy. Zbyt poruszone.
Wiedziała od razu, że Viktor ocenił książkę jako cenny łup.
- Proponuje wymianę. Dostaniesz ja z powrotem za pięćdziesiąt marek.
- Pięćdziesiąt marek! – zawołał Andy Schmeikel. – Viktor, za tyle można dostać tysiąc książek!
- Prosiłem, żebyś się wtrącał?
Andy się zamknął.
- Weź ją. – Liesel spróbowała pokerowej rozgrywki. – Już ja przeczytałam.
- I jak się kończy?
Cholera!
Nie przeczytała do końca.
Zawahała się, co dla Viktora było odpowiedzią jasna jak słońce. Rudy skoczył ku niemu.
- Nie rób tego, Viktor. Chodzi ci przecież o mnie. Ja zrobię wszystko, co zechcesz.
Starszy chłopak odtrącił Rudy’ego, unosząc książkę. I poprawił go:
- Nie, to ja zrobię to, co chcę. – I przeszedł nad rzekę. Wszyscy usiłowali dotrzymać mu kroku, trochę marszem, trochę biegiem. Niektórzy protestowali. Niektórzy go podjudzali.
Jak szybko, jak swobodnie, jak przyjacielsko-kpiącym głosem zostało zadane pytanie:
- Powiedzcie mi, kto był zwycięzcą w rzucie dyskiem na olimpiadzie w Berlinie? – spytał Viktor, napinając ramię. – No, kto to był? Mam to na końcu języka. Jakiś Amerykanin, Carpenter, czy jak mu tam…
- Błagam cię! – powiedział Rudy.
Woda rwała.
Viktor Chemmel zrobił wymach z półobrotu.
Książka wspaniałym łukiem wyleciała z jego ręki. Stronice łopotały w powietrzu. Da czasu, póki nagle książki nie przyciągnęła woda. Wpadła do rzeki i popłynęła z prądem.
- Słaby rzut – pokręcił głową Viktor. – Nie uzyskałem dobrej wysokości. Ale to chyba wystarczy, żeby wygrać, co?
Liesel i Rudy nie czekali na wybuch śmiechu. Biegli nad samym brzegiem.
Rudy pierwszy. Usiłował wypatrzeć książkę.
- Widzisz ją? – wołała za nim Liesel.
Rudy pędził.
- Tam jest! – zawołał wreszcie. Pobiegł dalej, by ją przechwycić. W mgnieniu oka zrzucił kurtkę i wskoczył do rzeki.
Liesel przestała biec. Szła wolno, widząc, jak boli go każdy krok. Przeszywał przejmującym zimnem.
Widziała, jak książka przepływa obok Rudy’ego, który jednak zaraz ja dopadł. Jego dłoń schwyciła blok zlepionych teraz kartek. „Świstak” – zawołał chłopiec. Była to jedyna tego dnia książka przepływająca rzeka Amper, ale i tak czuł potrzebę ogłoszenia tego całemu światu.
CIEKAWE, ŻE RUDY WCALE NIE SPIESZYŁ SIĘ Z WYJSCIEM Z LODOWATEJ WODY. DOBRĄ MINUTĘ TRZYMAŁ KSIĄŻKĘ W WYCIĄGNIETEJ RĘCE. NIGDY NIE POWIEDZIAŁ LIESEL, DLACZEGO, ALE ONA I TAK WIEDZIAŁA.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
LODOWATY TRYUMF RUDY’EGO STEINERA
Po wielu porażkach w tej jednej chwili poczuł
smak zwycięstwa.
Była to idealna sytuacja, by poprosić Liesel
o wymarzoną nagrodę.
Jak mogłaby odmówić?
- To jak będzie z naszym pocałunkiem, Saumensch?
Stał w wodzie dłużej, niż potrzeba, nim wreszcie wyskoczył i wręczył jej książkę. Spodnie lepiły mu się do ciała, ale szedł. Myślę, że się bał. Rudy Steiner bał się pocałować złodziejkę książek.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
TAK DŁUGO O TYM MARZYŁ. TAK NIEWIARYGODNIE MOCNO JĄ KOCHAŁ. KOCHAŁ JĄ TAK BARDZO, ŻE JUŻ NIGDY JEJ O TO NIE POPROSIŁ I ZSZEDŁ DO GROBU, NIE ZAZNAWSZY SMAKU JEJ UST.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Początek roku 1942 w przypadku LieselMeminger można podsumować następująco:
Ukończyła trzynasty rok życia. Piersi nie zaczęły jej jeszcze rosnąć. Nie ma menstruacji. Młody człowiek z piwnicy leżał teraz w jej łóżku.
PYTANIE I ODPOWIEDŹ
Jak to się stało,
że Max Vandenburg trafił
do łóżka Liesel? Upadł.
Różnie można sądzić, ale zdaniem Rosy Hubermann ziarno zostało zasiane w Boże Narodzenie minionego roku. 24 grudnia było zimno i głodno, ale też praktycznie – żadnych dłuższych wizyt. Hans Junior wciąż strzelał do Rosjan i demonstrował odrazę wobec rodziny. Trudy zdołała wpaść na chwilę tydzień przed świętami. Wyjeżdżała potem z rodziną, u której pracowała. Wakacje dla zupełnie innej kasty Niemców.
W Wigilię Liesel zniosła do piwnicy śnieg – prezent dla Maksa.
- Zamknij oczy – powiedziała. – I wyciągnij ręce.
Gdy Maks wziął śnieg, zadygotał i zaśmiał się, ale nie otworzył oczu. Podniósł tylko śnieg do warg, by poczuć jego smak.
- Czy to dzisiejsza prognoza pogody?
Liesel podeszła bliżej i dotknęła jego ramienia. Znów uniósł śnieg do ust.
- Dziękuję, Liesel.
Był to początek najpiękniejszych świąt. Głodnych. Bez prezentów. Ale z bałwanem w piwnicy.
Ciekawe, że Rudy wcale nie spieszył się z wyjściem z lodowatej wody. Dobrą minutę trzymał książkę w wyciągniętej ręce. Nigdy nie powiedział Liesel, dlaczego, ale ona i tak wiedziała.
W domu od razu poszła do swojej sypialni. Położyła piłkę na łóżku, koło Maksa.
- Przykro mi. Wiem, że to nic takiego. Ale kiedy się obudzisz, opowiem ci wszystko o tej piłce. Opowiem, jaka była szarówka, i że ten samochód jechał bez świateł i najechał prosto na piłkę, a potem szofer wysiadł i na nas nawrzeszczał. A potem zapytał o drogę. Co za bezczelność!
Obudź się! – miała ochotę wrzasnąć.
Albo nim potrząsnąć. Powstrzymała się.
Patrzyła tylko na poszarpaną, sflaczałą powłokę piłki. Był to pierwszy z wielu podarunków.
PREZENTY 2-5
Wstążka, szyszka,
guzik, kamyk.
Piłka nasunęła jej pewien pomysł.
Po drodze do szkoły i z powrotem Liesel poszukiwała niepotrzebnych przedmiotów, które mogłyby stanowić jakąś wartość dla umierającego. Zastanawiała się, czemu jej na tym aż tak bardzo zależy. Jakim cudem zbędne przedmioty miałyby komuś sprawić przyjemność? Wstążka ze śmietnika. Szyszka z chodnika. Urwany guzik z klapy. Płaski okrągły kamień z rzeki. Były to przede wszystkim oznaki, że się o niego troszczy. A kiedy Max się obudzi, będzie temat do rozmowy.
Ćwiczyła te rozmowy w samotności.
„A co to jest” - spyta Max.
– Co to za śmietnik?”
To moje sposoby na to, żebyś się obudził”.
PREZENTY 6-9
Piórko, dwie gazety,
Papierek po lizaku, chmura.
Piórko było śliczne. Zaklinowało się w zawiasach drzwi kościoła przy Munchenstrasse. Sterczało wykrzywione, a Liesel podbiegła, by je uwolnić. Po lewej stronie stosiny była płaska chorągiewka, po prawej promyki pióra układały się w ząbkowane trójkąty. Trudno to inaczej opisać.
Gazety pochodziły z zimnej głębi pojemnika na śmieci (ten opis wystarczy), a wyblakły papierek był płasko rozprasowany. Znalazła go koło szkoły i obejrzała pod światło. Widać było na nim kolaż odcisków obcasów.
No i chmura.
Jak można podarować komuś kawałek nieba?
Pod koniec lutego Liesel przystanęła na Munchenstrasse, by obserwować wielka chmurę, która wychynęła zza wzgórz jak gigantyczny biały potwór. Przetaczała się po wierzchołkach gór, zasłaniając słońce. Biała bestia o szarym sercu czaiła się nad miastem.
- Zobacz, papo – odezwała się do Hansa. Uniósł głowę i powiedział to, co uważał za oczywiste.
- Powinnaś ją Maksowi, Liesel. Sprawdź, może uda ci się ją położyć na stoliku przy łóżku, koło innych prezentów.
- Jak to? – Liesel popatrzyła na niego, jakby był szaleńcem.
- Zapamiętaj ją dobrze. – Postukał ją palcem w czoło. – A potem opisz dla niego.
- Była jak wielka bestia… - zaczęła opowieść przy kolejnym czuwaniu. – Wyszła zza gór.
Kiedy zdanie zostało ukończone, po licznych poprawkach i dodatkach, Liesel miała pewność, że się udało. Wyobrażała sobie, jak chmura pod kocami przenika z jej do jego ręki. Zapisała te wizję i wsadziła kartkę pod kamień.
Pod koniec dnia Liesel szła do domu z Rudym i innymi dzieciakami Steinerów. Kiedy byli blisko Himmelstrasse, wróciło do niej wszystko: rozpacz z powodu deklamacji fragmentu „Podręcznika grabarza”, rozpad rodziny, nocne koszmary, poniżenie w szkole. Ukucnęła na chodniku i się rozpłakała.
Rudy stał obok.
Zaczął padać deszcz, mocny, ale wyzwalający.
Kurt Steiner zawołał ich, ale żadne się nie ruszyło. Ona siedziała, przeżywając swój ból, on stał obok i czekał.
- Dlaczego on musiał umrzeć? – spytała, ale Rudy nie odezwał się ani nie poruszył.
Kiedy się wreszcie pozbierała i wstała, objął ją gestem dobrego kumpla i ruszyli do domu. Nie było mowy o pocałunkach. Nic z tych rzeczy. Możecie pokochać Rudy’ego za jego zachowanie, jeśli chcecie.
Tylko nie kop mnie w jaja.
Tak myślał Rudy, choć nie powiedział tego Liesel. Powiedział jej to cztery lata później.
Na razie wracali we dwójkę w deszczu na Himmelstrasse.
On był szaleńcem, który pomalował się na czarno i chciał zwyciężyć cały świat.
Ona była złodziejką książek, której brakowało słów.
Ale wierzcie mi: słowa były tuż tuż, a gdy się pojawią, Liesel weźmie je w dłonie i będzie wyżymać jak chmury roniące krople deszczu.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
LUDZIE, KTÓRZY ZNALI ROSĘ I HANSA HUBERMANNÓW, DŁUGO POTEM OPOWIADALI O DZIEWCZYNIE, KTÓRA W ŚLICZNEJ SUKIENCE CHODZIŁA PO KOSZMARNYCH GRUZACH HIMMELSTRASSE. PLOTKOWANO POTEM, ŻE W TEJ SUKIENCE WESZŁA POTEM PO PAS DO RZEKI I WYGADYWAŁA DZIWNE RZECZY. COŚ O CAŁOWANIU. KTOŚ USŁYSZAŁ SŁOWO SAUMENSCH. ILE RAZY MUSIAŁA SIĘ ŻEGNAĆ?
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
DZIEWCZYNA Z CIEMNOŚCI
TROCHĘ STATYSTYKI
Pierwsza ukradziona książka: 13 stycznia 1939.
Druga ukradziona książka: 20 kwietnia 1940.
Okres miedzy jedną a drugą kradzieżą: 463 dni.
Gdybyście byli w figlarnym nastroju, moglibyście powiedzieć, że było przy tym trochę dymu i trochę krzyku. I że tego właśnie potrzebowała LieselMeminger, by zdobyć drugą książkę, nawet jeśli paliła jej się w rękach i parzyła żebra.
Ale to nie czas na figlarny nastrój.
To nie czas na odwracanie głowy, na gapiostwo albo sprawdzanie, czy piec dobrze działa. Na to, że wygłodniała złodziejka książek sięgnęła po swą drugą zdobycz, złożyło się wiele czynników. Akt kradzieży miał niezwykle ważne, wręcz kluczowe konsekwencje: Liesel ostatecznie zdecydowała się nadal kraść książki, zaś Hans Hubermann postanowił pomóc żydowskiemu bokserowi. Co do mnie, przekonałem się już nie pierwszy raz, że okazja czyni złodzieja, ryzyko skłania do jeszcze większego ryzyka, chęć życia budzi do życia, a zadawanie śmierci powoduje coraz więcej śmierci.
To musiało być przeznaczenie.
Ludzie twierdzą, że nazistowskie Niemcy były produktem antysemityzmu, nadgorliwego przywódcy, zakompleksionych bigotów, ale do niczego by to nie doprowadziło, gdyby Niemców nie łączyła jedna, wszechogarniająca namiętność: palenie.
Niemcy uwielbiali palić rzeczy. Sklepy, synagogi, Reichstagi, domy, dokumenty, zwłoki, no i oczywiście książki. Uwielbiali patrzeć na płonące stosy książek, co z kolei dawało niektórym okazję, żeby podkraść jakieś zakazane druki. Jedną z osób o takich właśnie skłonnościach była, jak wszyscy wiemy, chuda dziewczynka nazwiskiem LieselMeminger. Wyczekała się 463 dni, ale było warto. Pod koniec pociągającego złem, podniecającego, krwawego i dopełnianego karą z zaufanej ręki popołudnia LieselMeminger odniosła swój drugi życiowy sukces. Zdobyła „Wzruszenie ramion”, błękitną książkę z wytłoczonym na czerwono tytułem i niewielkim rysunkiem czerwonej kukułki umieszczonym poniżej. Liesel, wspominając później moment kradzieży, nie czuła się zawstydzona. Przeciwnie, była dumna i ta duma rozlewała się w żołądku jak małe jeziorko. Jej motywacją była złość i nienawiść. 20 kwietnia, w dniu urodzin Fuhrera, w dniu, gdy Liesel wyciągnęła książkę z dymiących popiołów, stała się dziewczyną z ciemności.
Dlaczego?
Skąd jej gniew?
Co się zdarzyło w ciągu ostatnich miesięcy, co sprowokowało ją do takich uczuć?
Mówiąc w skrócie, odpowiedź nadeszła okrężną drogą – z Himmelstrasse, poprzez Fuhrera, przez nieznany adres prawdziwej matki i z powrotem.
Jak niemal każde nieszczęście historia zaczęła się szczęśliwie.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
TEGO NIE
Nie mogła, nie potrafiła spojrzeć na papę.
Nie i już. Nie tu i nie teraz.
Papa – człowiek o srebrzystych oczach. Teraz były martwe.
Papa był akordeonem!
Powietrze nie wchodzi i nie wychodzi ze środka.
Teraz nie oddychał.
Liesel zaczęła się bujać jak dziecko z sierocińca. Buczała jedną przenikliwą nutę, monotonną, ale przylepną. Jednostajną.
Hołd dla papy.
Nic tu nie miałem do roboty. Obszedłem ją i jednak spojrzałem w jej twarz. Kogo kochała najbardziej? Jej oczy namacalnie głaskały każdy szczegół jego twarzy. Zatrzymały się na bruździe na policzku. To on uczył ją w łazience kręcić papierosy. To on dał umierającemu Żydowi chleb na Munchenstrasse. To on kazał jej na głos czytać ludziom książki w schronie.
Papa. Akordeonista z Himmelstrasse.
Jedno nie miało racji bytu bez drugiego. Dla Liesel i człowiek, i ulica oznaczały dom. Tym był Hans Hubermann dla LieselMeminger.
Odwróciła się do przychodzącego żołnierza z LSE.
- To akordeon mego papy. Czy mogę go zatrzymać?
Po kilku minutach zastanowienia sierżant odebrał żołnierzowi akordeon. Liesel otworzyła zniszczony futerał. Wyjęła instrument i położyła go obok zwłok.
- Masz, papo.
Przysięgam, że wtedy zobaczyłem to, co widziała złodziejka książek. Hans Hubermann zagrał jej na akordeonie. Ona klęczała na ziemi, on wstał i zagrał. Grał pośród zburzonych domów, mrugając swymi rtęciowymi oczami, z papierosem przylepionym do ust. Zrobił kiksa i zaśmiał się cicho z własnego fałszu. Miech poruszał się, oddychał, a wysoki mężczyzna po raz ostatni grał dla LieselMeminger pod rozgrzanym do czerwoności niebem.
Graj, papo.
Akordeon zamilkł.
Opuścił instrument na ziemię, a jego srebrne oczy pokryła rdza. Było już tylko martwe ciało na bruku. Liesel uniosła je i przytuliła. Wypłakała się na ramieniu Hansa Hubermanna.
- Żegnaj papo. Darowałeś mi życie. Nauczyłeś mnie czytać. I nikt nie grał tak jak ty. Już nigdy nie spróbuję szampana. Nikt nie umiał grać tak pięknie jak ty.
Uścisnęła go, ucałowała w ramię. Nie dała rady spojrzeć mu jeszcze raz w twarz. Położyła go na bruku.
Złodziejka książek lamentowała nad nim, póki jej nie zabrano.
- Wróć do listy artykułów
Ostatnie artykuły